Nic nie dzieje się przypadkowo
Od dzieciństwa interesował się chemią, dlatego po szkole podstawowej zamierzał rozpocząć naukę w technikum o tym profilu. Jednak los skierował go w stronę elektromechaniki, która stała się jego pracą zawodową. W pewnym momencie życia zachwycił się opowieściami koleżanki ceramiczki o szkliwach, barwieniu, kolorach, formowaniu naczyń i ich wypalaniu. Zaciekawiło go to do tego stopnia, że postanowił poeksperymentować z gliną. Był rok 1980, a Andrzej Kłosek miał wtedy 27 lat.
Na śmietniku Instytutu Wysokich Napięć Politechniki Warszawskiej, gdzie wówczas pracował, znalazł stary piec do wypalania gliny. Naprawił go i rozpoczął przygodę garncarską. Najpierw zainteresowały go kształty naczyń i możliwości plastyczne gliny. Fascynowało go formowanie bezkształtnej masy w użyteczną materię.
Początki
Nie uczył się od nikogo i przegryzał się przez wszystko sam. Pierwsze ulepione formy były nieporadne, ale się nie zrażał. Kupił książki o technologii ceramiki i codziennie lepił, szkliwił i wypalał kolejne naczynia. Pierwsze udane dzbanuszki i miseczki udało mu się sprzedać. Zachęciło go to do dalszego doskonalenia się. Coś, co wydawało się krótkotrwałą przygodą, stało się sposobem na życie Andrzeja Kłoska. W 1980 roku zarejestrował w urzędzie własną działalność „Ceramika i Garncarstwo”.
Garncarstwo
Najpierw odlewał naczynia w formach gipsowych, które też robił sam. Po kilkunastu latach, w roku 1994, zmienił technikę na toczenie na kole. Jego tata, który był tokarzem, mawiał, że odlewanie to „głupia robota”, a toczenie jest znacznie lepsze, poważniejsze.
Andrzej Kłosek na początku pracował na kole elektrycznym, które zostało przerobione z tokarki. Zainstalowany falownik umożliwiał regulację obrotów koła i ułatwiał pracę. Później, gdy zaczął jeździć z pokazami garncarskimi, potrzebował koła mobilnego, nożnego, które zrobił mu wuj i które służy mu do dzisiaj.

Nowa profesja
Wkrótce okazało się, że w latach 80. XX wieku, produkując przedmioty z gliny, można było zarobić więcej niż w zawodzie elektromechanika. Pan Andrzej robił to, co miało zbyt, m.in. małe dzbanuszki, miseczki, czarki, lampy, wazoniki, które sprzedawał do sklepów oraz domów towarowych. Wykonywał też miniatury studni i domów, które szły na rynek francuski. Był moment, że zapotrzebowanie było tak duże, iż zatrudniał pracowników żeby nadążyć z zamówieniami.
Przygoda z archeologią
Toczenie naczyń zaczął od replik archeologicznych. Według Andrzeja Kłoska dawne formy są idealne, ponieważ kształty naczyń są perfekcyjnie dopasowane do ich funkcji użytkowych. Współpracował z Państwowym Muzeum Archeologicznym w Warszawie, a w muzealnym sklepie można było nabyć odtworzone przez niego naczynia. Dla Instytutu Archeologii Śródziemnomorskiej wytwarzał butelki garncarskie.
Doświadczenia zawodowe
W 1995 roku został zaproszony do udziału w I Festynie Archeologicznym w Biskupinie, gdzie prowadził warsztaty. Potem zaczął wyjeżdżać na pikniki średniowieczne, festiwale naukowe i najróżniejsze imprezy rekonstrukcyjne, m.in. w Toruniu, Sandomierzu, Zamościu, Warszawie, Ciechanowie.
Ciekawym doświadczeniem edukacyjnym okazał się udział Andrzeja Kłoska i jego bliskich w wydarzeniu „Żywy skansen”, organizowanym przez Muzeum Etnograficzne w Toruniu, gdzie grali rolę rodziny z przeszłości, która zajmuje się garncarstwem.
Miejsce życia i pracy
Andrzej Kłosek całe życie mieszkał w Celestynowie. Tutaj się urodził, tu mieszka i tu chciałby umrzeć. Jego warsztat pracy to pracownia tokarska po ojcu, którą dostosował do swoich potrzeb.
Garncarstwo stało się jego sposobem na życie. Lubi swoją profesję, lubi czuć zadowolenie z pracy i być docenionym przez klientów. Ma takie powiedzenie: „jak się robi tylko dla pieniędzy to się człowiek niszczy”. Uważa, że praca zawodowa ma sens tylko wtedy, kiedy daje przyjemność.
Prowadzi warsztaty na festynach, w domach kultury. Jeździ wszędzie tam, gdzie się da coś sprzedać. W internecie się nie ogłasza, bo nie ma do tego drygu. Woli kontakt z człowiekiem.
W wolnych chwilach gra na tubie. Tej umiejętności także nauczył się sam. Okazjonalnie występuje z orkiestrą „Gloria”, mającą siedzibę na plebanii parafii pw. Ignacego Kłopotowskiego w Otwocku.
Surowiec i wzory
Glina, której używa Andrzej Kłosek, pochodzi z Radzymina. Składuje ją pod pracownią – najlepiej, żeby była przemarznięta, wtedy jest bez margla, plastyczna, ładnie wysycha. Wzory – jak uważa – robi „ludowe, tradycyjne, wiejskie”. Nie miał garncarzy w rodzinie, którzy wypracowaliby własny styl na bazie tego regionalnego. Najbliższy ośrodek garncarski w jego okolicy był w Osiecku. Chodził więc po muzeach i oglądał wystawy, na których prezentowano ceramikę, m.in. w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie. Formy, które widział, zachował w pamięci. Dzięki temu, jak zaczyna pracę, ma już gotowy pomysł na naczynie.

Indywidualizm
Ale Andrzej Kłosek nie tylko odtwarza – wymyśla także swoje wzory. Dowolność jest bardzo duża, a on lubi „zmieniać repertuar” swoich wyrobów. Ceni oryginalność. Teraz jego naczynia charakteryzuje przewaga koloru niebieskiego, ponieważ tak się złożyło, że kupił dużo niebieskiego barwnika. Stosuje szkliwa: polskie, czeskie, niemieckie. Dba, żeby były dopuszczone do kontaktu z żywnością, a tymi, które nie są, pokrywa wierzchnią stronę wypału. Ma też swoją sygnaturę, którą odciska na dnie – rysunek kłoska od jego nazwiska i literka „K”.
Pan Andrzej chce popróbować z glinami barwionymi angobą, albo spróbować rozmaitych kombinacji kolorów, wynikających ze składu gliny. Swoje eksperymenty ze szkliwem określa jako „maziajki”. Lubi się uczyć i stosować nowości, a podczas lepienia i wypalania nie zawsze wiadomo, jaki będzie finał.
Technologia i asortyment
W pracowni toczy naczynia na kole elektrycznym, na którym pracuje się szybciej, niż na kole nożnym. Później naczynia muszą schnąć na półkach około 2-3 tygodni. Wypał na biskwit odbywa się w piecu elektrycznym w temperaturze 900 stopni Celsjusza. Kolejnym etapem pracy Andrzeja Kłoska jest szkliwienie na biało, a dopiero później stosowany jest kolor finalny. Na białym – jak uważa – kolory są czystsze.
Robi najróżniejsze formy, według własnej inwencji, albo na zamówienie: kufle, kaganki, misy, kubki, doniczki, garnki do kiszenia ogórków, naczynia na smalec, ale też oprawy zegarów kominkowych i statuetki.
Z jednych wyrobów jest zadowolony bardziej, z innych mniej. Gdy wszystko jest jak należy, ma dobry nastrój. Mówi wtedy, że „robota wychodzi bez pudła”. Jak w każdej pracy, zdarzają się różne „wahnięcia”, np. nierówno podkreślona szyjka dzbanka, niepotrzebne wybrzuszenie, nieregularność. Klient nie zawsze to zauważy, ale Andrzej Kłosek czasami takie naczynia brakuje, odstawia. Większość jest jednak taka, jak być powinna.
Nie ma zdolności do rysowania, malowania czy rzeźbienia. Dlatego nie zdobi swoich prac dekoracją malarską, tylko stosuje tzw. metodę grzebykową, dzięki której na naczyniu powstają najczęściej faliste linie.
Opracowanie: Małgorzata Jaszczołt
KONTRAST





















